niedziela, 15 lipca 2012

XXXVIII - "Wielka, pomarańczowa marchewka..."

Sylwia.

Pierwszy dzień prób. Miałam wewnętrzną nadzieje, że każda z nas cudem rozwiąże swój mały dramat. Choć Karoliny dramat był w Londynie.
Pod naszymi drzwiami z samego rana zjawił się Devon.
- Okej, to pokaż nam drogę geniuszu - zaśmiała się Asia.
Nie chciałam psuć sobie humoru myśląc o nadchodzących tygodniach pracy z Annie. Ta dziewczyna być może była samolubna i irytująca, ale jednak była siostrą mojej przyjaciółki, a to do czegoś zobowiązywało. Więc jeśli będzie trzymała łapki z daleka od Nialla, Harrego, Zayna i niebawem Louisa, to zasłuży na tolerancje z mojej strony.
- Okej dziewczyny, mam nadzieje, że się wyspałyście bo czeka nas dzień pełen pracy - odrazu zawiadomił Simon, gdy tylko dotarłyśmy na miejsce. - Chyba poznałyście już Devona. Zostawiam Was w jego rękach, dopóki nie zjawi się dyrektor główny projektu. Tam możecie się przebrać i przygotować.
- Okej, dwa oddechy. Damy radę - uściskała nas Karolina kiedy weszłyśmy do garderoby. Jej uśmiech rozjaśnił myśli nas wszystkich i przez moment przestałam myśleć o blondynie, skupiając się na sobie. Kilka kobiet pomogło nam się ubrać, uczesać, umalować.
- Na wysoki połysk - uśmiechnęła się Klaudia patrząc w lustro, gdy byłyśmy gotowe.
- Tym razem się z Wami zgodzę - odpowiedziała Annie, co spowodowało lekkie zdziwienie na naszych twarzach. - Nie zawsze jestem jędzą - dodała z uśmiechem.
Dobrze wiedzieć.

Asia.

Devon wyrósł na naprawdę uroczego, przystojnego chłopaka. Jednak nie był nawet w połowie taki pociągający dla mnie, jak chłopak do którego się właśnie tulę. Tak, zgadza się. Tuliłam się do Harrego, jednak to wszystko było tylko fikcją, durną mistyfikacją.
Poradziłabym sobie nawet bez scenariusza, który znałam na pamięć. Chwile z nim były zbyt piękne, aby mogły być prawdziwe. Odchylam się, patrzę z uśmiechem w jego piękne, zielone tęczówki. Wzdycham, odwracam na sekundę wzrok. On śpiewa w tej chwili o mojej nieśmiałości i o swoim uczuciu, które przepełnia jego głowę. Łapie moją twarz w dłonie i delikatnie muska kciukiem mój zaróżowiony policzek. I w tej chwili kamery zniknęły. Zapomniałam, że to tylko gra. Obserwatorzy zniknęli, scenariusz przestał mieć ważność. Liczył się on i to co ze mną robił. Podniosłam ręke i objełam jego szyje. Po chwili w tle zabrzmiał kojący głos Louisa, który pomógł mi zrozumieć. Zrozumieć, że trzeba wracać do rzeczywistości.
- I... Cięcie! - krzyknął ktoś. - Cudownie!
Obudziłam się ze snu. A może raczej wróciłam do koszmaru. Błyskawicznie odskoczyłam od chłopaka i znalazłam się poza kadrem. Szybkim krokiem ruszyłam w stronę garderoby. Jednak za nim do niej dotarłam ktoś złapał mnie za ramie. Zimne dłonie.
- Zaczekaj.
Odwróciłam się nakazując sobie opanowanie.
- Słucham? - mój głos zabrzmiał groźniej niż chciałam.
- Wiem. Wiem, że nie grałaś. Do cholery, Asia! Wiem, że chciałaś mnie pocałować! - wyrzucił mi prosto w twarz chłopak z burzą loków na głowie. Powinnam się zachować profesjonalnie, w końcu zostałam aktorką.
- Masz rację. I nadal chcę - odparłam chłodno. Usatysfakcjonowała mnie jego zdezorientowana mina. Sądził, że będe walczyć ze swoimi pragnieniami.
Schylił się do pocałunku, jednak nie pozwoliłam mu na to.
- Więc o co Ci chodzi?
- Boję się Harry. Poprostu jestem tchórzem. Boję się, że nie poradzę sobie sama w tej tęsknocie, że chwycę za telefon i zadzwonię w środku nocy żałośnie skomląc jak bardzo mi ciebie brakuje. A ty będziesz wtedy na drugim końcu świata słuchał wyznań miłosnych od zakochanych fanek. Nie chce. Nie chce być fanką Harry.
Po tych słowach odeszłam. Na szczęście to był koniec mojej dzisiejszej kwestii.

Karolina.

Cały dzień pracy spędziłam z Devonem jako jego niepisana asystentka. Zaprosił mnie na spacer po okolicy następnego dnia przed zdjęciami. Obiecał watę cukrową, jeśli ja dam rade załatwić kocyk. Czy on mnie podrywał?
Asia tak szybko wybiegła z planu, że nie zdążyłyśmy jej zapytać co się stało. Przed kamerami dawała sobie świetnie radę. Obiecałam sobie, że jeśli okaże się że to loczek ją skrzywdził, rozerwę głupka na strzępy. Rozerwę, potem posklejam i utopię.
- Hej, Misio mogłabyś zanieść to do garderoby chłopaków. Dzięki wielkie skarbie - poprosiła kobieta, która pracowała jako makijażystka One Direction. Nazywała mnie Misio tylko dlatego, że raz usłyszała jak Klaudia tak do mnie mówi.
- Pewnie.
Wzięłam skrzynkę zimnych energetyków i weszłam do garderoby, za którą służył wielki niebieski kontener. Zaskoczył mnie porządek. Wszystko było na swoim miejscu, wszystko poukładane. Położyłam skrzynkę na kanapie i wtedy zauważyłam czarną komórkę rzuconą niedbale obok poduszek.
- Nie, to nie w Twoim stylu Karolina - upomniałam na głos samą siebie. Ale ciekawość wzięła w górę i odblokowałam ekran. Szczęście? Przeznaczenie? Na tapecie widniała wielka, pomarańczowa marchewka. - Lou.
Szybko przejrzałam kontakty, zatrzymując się tylko na sekundę dłużej przy nazwie "Johny Depp". Ten chłopak miał numer prywatny Johnego!! Zaśmiałam się w duchu i weszłam w skrzynkę odbiorczą. Harry, Harry, Niall, Paul i najświeższa wiadomość. Numer nieznany. Przez chwilę zastanowiłam się czy nie sprawdzić smsa od Paula, jednak otworzyłam pierwszą wiadomość.
"Żałuję, że Twój kolega nam przeszkodził, tam za barem. Jak wrócisz do Londynu zadzwoń do mnie. Tęsknie Skarbie. xx"
Jeśli ktokolwiek by teraz wszedł, być może rzuciłabym się na niego z pazurami, lub, co bardziej możliwe, poryczałabym się jak dziecko. Zajęło mi troche czasu nim zdołałam wyjść i ruszyć do swojego pokoju. To zabolało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz